czwartek, 10 listopada 2016

Kącik porad praktycznych - gotowanie jajek na wysokości

Jeśli będziecie kiedyś chcieli ugotować jajka na twardo na wysokości 4200 m n.p.m. lub wyżej to pamiętajcie, że 10 minut im nie wystarczy.

Jak powszechnie wiadomo im wyżej tym temperatura wrzenia wody jest niższa.

My o tym zapomnieliśmy szykując jedzenie na dwudniową wycieczkę do Lagunas de Altura (nasz cel aklimatyzacyjny przed zdobyciem Parinacoty -  opisany w poprzednim poście).

Rano, przed wyruszeniem, zorientowaliśmy się, że jajka są niedogotowane. Skorupka kruszyła się bardzo łatwo i zatapiała się w  słabo ściętym białku. Zdecydowaliśmy, że nasz błąd naprawimy po drodze, po tym jak znajdziemy wrzątek.

Szukaliśmy i szukaliśmy i w końcu znaleźliśmy spore pole gejzerów z wrzącą,  bulgoczącą wodą.

Jak się pewnie domyślacie jajka udało się dogotować:




Pamiętajcie -  jajka na wysokości potrzebują trochę więcej czasu. W końcu nie zawsze masz pod ręką gejzer żeby je dogotować. Testowaliśmy różne opcje i na wysokości 4200 m n.p.m lub wyżej zalecamy gotować jajka przez 15 minut.





poniedziałek, 7 listopada 2016

Parinacota (6348 m n.p.m) zdobyta. Wyżej nie idę. Czyli o zmaganiach człowieka z górą.

Po zdobyciu naszego pierwszego w życiu pięciotysięcznika (link) przyszedl czas na sześciotysięcznik.

Początkowy plan zakładał, że będzie to Sajama (6542 m n.p.m). Niestety do wioski o tej samej nazwie, znajdującej się u podnóża góry, przybyliśmy po sezonie. Na Sajamie pootwierały się szczeliny, a do tego na miejscu można było wypożyczyć tylko raki automatycznie nie nadające się do naszych miękkich górskich butów.

Trzeba było więc poszukać innej góry.

Wybór padł na pobliski, łatwy technicznie i nie wybuchający w ostatnim czasie, wulkan Parinacota mierzący 6348 m n.p.m.

Wioska Sajama znajduje się na wysokości 4200 m npm. To zdecydowanie za nisko, żeby od razu ruszać do ataku. W celach aklimatyzacyjnych wybraliśmy się więc do pobliskich Lagunas de Altura,  gdzie spędziliśmy noc na wysokości 4950 m npm.



Po drodze wpadliśmy na chwilę do Chile

Po dniu przerwy zwarci i gotowi dotarliśmy do bazy pod Parinacota znajdującej się na wysokości 5129 m n.p.m. Czuliśmy się dobrze. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że problemem podczas zdobywania szczytu może być wysokość. W ciągu jednego dnia trzeba zrobić 1200 m przewyższenia, a wszystko to na wysokosci ponad 5000 m n.p.m.


Ci z Was co byli na podobnych wysokościach na pewno na własnej skórze przekonali się, że organizm, zanim się porządnie zaaklimatyzuje, funkcjonuje tam trochę inaczej. Pojawia się zadyszka, serce wali jak szalone, a nogi niby idą do przodu, ale jakoś wolniej niż zwykle. Mogą oczywiście doskwierać także inne dolegliwości, jak na przykład ból głowy czy brak apetytu. Wszystko zależy od konkretnego organizmu. 

Następnego dnia wstaliśmy skoro świt i ruszyliśmy do góry. Na początku szło się dobrze. Zadyszka za bardzo nie doskwierała. Podziwialiśmy piękne widoki, a także napotkane po drodze penitenty czyli lodowe słupy.

Widoczne penitenty

Sielanka nie trwała jednak długo. Mniej więcej od połowy drogi zaczęła się walka. Była to walka między moim organizmem a górą. Najpierw spokojna jednak szybko nabierała tempa, aż w końcu była to prawdziwa batalia. 

Wcześniej kilka razy wchodziłam już na wysokie góry i miałam lekkie objawy choroby wysokościowej takie jak ból czy zawroty głowy, brak apetytu i sił. Mijały one jednak szybko i szczyty mogłam zdobywać świadomie, z radością i satysfakcją na końcu. 

Tutaj, wszystkie objawy były tak nasilone, że w pewnym momencie,  byłam w stanie robić tylko kilka kroków naprzód i padałam na ziemię,  próbując ten cały zalegający we mnie ciężar z siebie wyrzucić (w dosłownym tego słowa znaczeniu). Przez dłuższą chwilę bezskutecznie. Aż w końcu się udało. Miałam aż ochotę krzyknąć "HURA" - tak dobrze i lekko się poczułam. W końcu mogłam przestać się czołgać i zacząć iść żwawo, w moim przekonaniu, na szczyt.

Idę :) 

W między czasie,  pomimo braku apetytu, próbowałam się ratować, trzymaną na specjalne okazje 'Czekotubką', jednak od zimna tak stwardniała,  że nie dało jej się zjeść. Wzięłam więc 'Diuramid' czyli lek, zapobiegający Ostrej Chorobie Górskiej. Niestety nie miał szans zadziałać, z powodu wyżej opisanych wymiotów. Myślę jednak, że je wywołał, więc jakby nie było, trochę przewrotnie, ale mi pomógł. 

W czasie całej tej walki nie przyszedł mi jednak do głowy pomysł aby zawrócić. Po pierwsze pewnie z lenistwa - w końcu przez szczyt prowadziła łatwiejsza i szybsza droga zejściowa. Po drugie z jakiejś takiej chęci rozprawienia się z tą górą -  w takim miejscu,  gdy do szczytu bliżej niż dalej, ciężko jest odpuścić. 

Wysiłek nie poszedł na marne. W końcu udało się. Szczyt,  jest szczyt!! A na nim piękny krater, który dokładnie obejrzałam dopiero na zdjęciach, już po zejściu. Na miejscu nie mialam sił, gdyż znów zaczynałam czuć się coraz gorzej. 

Radość ze zdobycia szczytu była jednak krótka. Łukasz nagle stwierdził, że to nie jest prawdziwy wierzchołek. Szczyt znajduje się po drugiej stronie krateru, jakieś 30 metrów wyżej. 

Szczyt,  który okazał się nie być szczytem

Cóż było robić. Pomimo wewnętrznej złości trzeba było ruszać dalej.


Ostatni przedwierzchołek.
Dalej brak sił by podziwiać krater. 

Widok na krater

Widok na Chile

No i dotarliśmy. Tu już jednak nie było radości czy satysfakcji tylko jedna myśl - w dół, chcę zejść w dół.

SZCZYT!!! I to ten prawdziwy. 

Droga ze szczytu wokół krateru

Droga zejściowa to była czysta przyjemność. Po około 1000-metrowym piargu ze żwiru i pyłu wulkanicznego spływaliśmy w dół (uczucie podobnie jak przy schodzeniu po śniegu). Po mniej więcej 1,5 godzinie byliśmy już w obozie (podejście trwało za to jakieś 7 godzin).

Piarg zejściowy

Niestety złe samopoczucie wróciło znów z ogromną siłą wieczorem. Naprawdę dobrze poczułam się dopiero następnego dnia,  gdy wracaliśmy do wioski.

Na niziny byle szybciej,  choćby przez drut kolczasty.
Z tyłu po lewej Parinacota. 

Czy warto było się tak męczyć? Dziś mogę powiedzieć, że tak. Choć radość ze zdobycia Parinacoty przyszła dobrych kilka dni poźniej, a o zdobywaniu wyższych gór w ogóle nie myślę.

niedziela, 6 listopada 2016

Dlaczego podróżowanie rowerem jest fajne?

Oczywiście jest wiele powodów. Dla nas najlepsze jest to, że podróżując w ten sposób możemy, całkowitym przypadkiem, zobaczyć rzeczy o których nie przeczytalibyśmy w przewodniku. Rowerem poruszasz sie powoli, od wioski do wioski, od miasteczka do miasteczka. Zatrzymujesz się w każdym miejscu na chwilę, rozmawiasz z ludźmi. Gdybyśmy podróżowali samochodem, myślę, że do wielu miejsc, które naprawdę miło wspominamy, byśmy nie trafili. Przejechalibyśmy przez nie lub obok szybko, nic nie zauważając.

Jakiś czas temu wyruszyliśmy z Puno w stronę Boliwii razem z naszymi przyjaciółmi z Polski. Dagmara i Szymon rozpoczęli swoją wyprawę rowerową po Ameryce Południowej końcem września. Prowadzą bloga - www.amerykarowerowa.blogspot.com. W czwórkę chcemy przemierzyć Boliwię.


Po drodze,  jeszcze w Peru, przejeżdżaliśmy przez małe miasteczko Acora. Mijając główny plac zauważliśmy w jego rogu grupkę ludzi. Ładnie ubrani, stali, rozmawiali, śmiali się, popijając przy tym wszystkim piwo. Gdy nas zobaczyli, zaraz zaczęli nas częstować lokalnym trunkiem i porwali do tańca. Śmiechu było dużo zwłaszcza przy tych tańcach. Oni śmiali się z nas, a my z siebie. Okazało się, że świętowali akurat dzień powstania dzielnicy, w której się znajdowaliśmy.

Łukasz chciał prowadzić, ale nie miał szans ;) 




poniedziałek, 31 października 2016

Kącik porad praktycznych. Urwane światło rowerowe.

Miałem niegroźną wywrotkę na rowerze. Po upadku kierownica skręciła się w ten sposób że urwała plastikowe mocowanie przedniego światła. Cóż zrobić - trzebaby to jakoś naprawić.

Upatrzone miejsce na nowe mocowanie: pałąk usztywniający przedni bagażnik. Pałąk można pochylać, a więc regulacja kąta strumienia światła zostanie zachowana.
Użyte materiały:
- 2 trytytki (opaski zaciskowe)
- powertape (wbrew temu co pisałem tutaj, jest jednak bardzo przydatny)
- 2 kawałki drutu - do zabezpieczenia powertape'a przed odklejaniem się
- drewniany kołek - wystrugany za pomocą noża i papieru ściernego (którego używam głównie do łatania dętek).

Efekt:
Trust me, I'm an engineer!

Niestety efekt był niezadowalający. Jeden kołek złamał się w trakcie przewożenia roweru autobusem, kolejny zaś, gdy na jakimś wyboju spadła źle zatrzaśnięta torba na kierownicę.

Miałem dość strugania kija. Na gruzach starego rozwiązania powstało nowe. Zamiast drewna użyłem dwóch kolejnych trytytek.
Na razie (odpukać!) - działa.

Nowe, lepsze z przodu
Nowe, lepsze z tyłu.

Tyle że po kolejnych, tym razem boliwijskich wyborach, ni z tego, ni z owego złamał się tylny błotnik (zmęczenie materiału?). A razem z nim tylne światło. Hmmm... Jak by to naprawić?

Kolejny uraz wierzchowca

piątek, 28 października 2016

Gdzieś po drodze w Peru

Peru okazało się zbyt duże, zbyt piękne i zbyt ciekawe, żeby opuścić je po miesiącu. Z tych i jeszcze kilku innych powodów zostaliśmy tam 3 tygodnie dłużej.  Pomagaliśmy sobie przemierzać te  naprawdę przeogromne dystanse autobusami, a i tak zostało jeszcze wiele miejsc, których pomimo chęci nie udało się  nam zobaczyć.

Poniżej kilka zdjęć z miejsc,  które nie były opisane wcześniej,  a które zapadły mi w pamięć:


Święta Dolina

Jedna z najpiękniejszych jaką widziałam. Jechaliśmy przez nią rowerami 3 dni. Były to 3 dni pełne zachwytów:





Salineras de Maras -  kopalnia soli z czasów Inków


Machu Picchu

Myślę,  że wszystkim znane.  Pojechaliśmy je zobaczyć z lekką obawą,  że jest przereklamowane. Myliliśmy się:



Po drodze do Machu Picchu (rzeka przy trakcji kolejowej) 


Cuzco

Niegdyś stolica imperium Inków.  W XVI wieku podbite przez Hiszpan.  Później kilkakrotnie nawiedzane przez silne trzęsienia ziemii. Naprawdę ładne. Pełne bardzo wąskich uliczek.





Po drodze do dżungli



Widok na San Pedro de Cajas

Przy wejściu do Cachi Puquio

Alpaki




Jezioro Tititaca i Wyspy Trzcinowe

Jezioro położone na terenie Peru i Boliwii o powierzchni 8372 km2,  a więc naprawdę ogromne. Co ciekawe, w okolicach Puno pływają po nim wyspy zbudowane z trzciny, zamieszkłe przez ludzi.  Wyspy, by nie odpłynęły w nieznane, są zakotwiczane. A w trzcinowych domkach płynie prąd pochodzący z baterii słonecznych:






A na koniec coś z serii rzeczy mniej pięknych czy ciekawych, a bardziej abstrakcyjnych:

W Peru każde, nawet najmniejsze miasteczko czy wieś, ma główny plac. W tym małym miasteczku plac był inny niż wszystkie. Centralnym jego punktem był pomnik rośliny zwanej Maca (bardzo zdrowej) typowej dla tego regionu:

Huayre

Prawdziwą abstrakcją był jednak poniższy pomnik znajdujący się nieopodal miasteczka San Pedro de Cajas:



środa, 26 października 2016

Taniej niż Paracetamol

Jedna z wiosek po drodze w peruwiańskiej  dżungli. Po raz kolejny spotykamy się z ogromną gościnnością. Możemy rozbić namiot w ogródku, schować rowery na noc do domu, skorzystać z prysznica, wieczorem dostajemy kokosa, a rano śniadanie.


Gdy rano zbieramy się do odjazdu w moje ręce zostaje włożony 1-2 letni chłopiec.
- Oddaj mojego syna! - mówi do mnie jego matka.
- Teraz powiedz: "Mogę ci go sprzedać" - instruuje babcia chłopca.
- Mogę ci go sprzedać. - posłusznie powtarzam.
- Oto jeden sol dla ciebie (nieco ponad złotówka). Teraz mi oddaj syna.
Dokonujemy transakcji.
- To takie "secreto", tajemnica. - tłumaczy babcia chłopca - Mój wnuk często choruje. Jeżeli jednak zostanie od kogoś odkupiony i za niego zapłacimy, a sprzedawca odjedzie - choroby również odejdą.

Bogatsi o jednego sola ruszyliśmy dalej.

Nie zauważyłem, żebym od tego czasu chorował więcej. Myślę, że choroby utonęły w jakiejś rzece po drodze albo wpadły pod przejeżdżające auto.

wtorek, 25 października 2016

Asháninka

Asháninka (czyt. a'sianinka, akcent na drugą sylabę) jest drugą największą grupą Indian zamieszkujących Peru (po Indianach Quechua żyjących w Andach). Ich populacja w Peru i Brazylii liczy 25-45 tyś. ludzi.
Bardzo ucierpieli w minionych latach (szczególnie lata 80.) z rąk Sendero Luminoso (Świetlisty Szlak - maoistyczna bojówka, później związaną z handlem narkotykami, niegdyś działająca w Peru) - niemalże każda rodzina kogos straciła.

Spędziliśmy wśród nich prawie tydzień (opisany w poprzednim wpisie - Link), zdecydowanie zbyt krótko żeby nakreślić ich pełny obraz. Przywołam więc jedynie parę historii lub faktów, które po prostu uważam za ciekawe.



***

Porządny mężczyzna Asháninka powinien do ukończenia 16-ego roku życia być gotowym do założenia rodziny i do jej utrzymania. Oznacza to, że musi umieć polować, łowić ryby, wybudować dom i przygotować pole pod uprawę (czyli wypalić - tak, ciągle panuje tam metoda wypalanej ziemi - i wykarczować kawałek lasu).
A wy, Panowie, co robiliście w wieku szesnastu lat?

***

Opisane w poprzednim wpisie wieczorne wyjście na ryby.
Hektor, pretendujący do miana szamana, inaczej niż wszyscy, nie zamierza łowić ryb - chce na nie polować. Udaje mu się ustrzelić jedną pokaźną rybę z łuku, oświetlając sobie wodę latarką trzymaną w zębach. Zadowolony ze zdobyczy, czeka na nas, bezskutecznie próbujących złowić coś na żyłkę. Siada na piasku i - dla zabicia nudy - puszcza sobie muzykę ze smartfona.

***

Wioska Santaro.
Do tej pory elektryczność bywała tam jedynie wtedy gdy agregat prądotwórczy nie był zepsuty (a od lat był). Dzięki datkom zebranym w Polsce przez księdza Tomka zainstalowano tam panel słoneczny dający prąd do oświetlenia szkoły i pozwalający na podłączenie telewizora (który okazał się również nie działać) lub nagłośnienia.
Podczas zakładania panelu szef wioski przychodzi z prośbą - czy nie dałoby się podciągnąć prądu do jego domu? Ma wszak telewizor, ale nie ma go do czego podłączyć, a chciałby sobie wieczorami oglądać wiadomości. Po usłyszeniu odpowiedzi, że panel ma służyć całej społeczności, i że może przynieść telewizor do szkoły, aby inni mieszkańcy mogli również z nim oglądać TV - obraża się i więcej się nie pojawia.

***

Tradycyjny napój - mazato.
Jest to słaby napój alkoholowy (zdecydowanie słabszy od piwa) wyrabiany z manioku. W smaku przypominał mi napój z zupełnie innego rejonu świata - kirgiski kumys, czyli sfermentowane mleko klaczy.
Mazato pełni niezwykle ważną rolę w kulturze Asháninka. Często rozpoczynają dzień od porcji napoju pitej z połowy łupiny kokosa. Odmawiając zaś napicia się można utracić wśród nich poważanie. Niestety, Indianie nierzadko nadużywają mazato i, za względu na podatność żółtej rasy na alkohol - upijają się nim.
Najciekawszy jest sposób produkcji mazato. Kobiety Asháninka biorą maniok, żują i wypluwają. Zawarte w ślinie enzymy pozwalają na proces fermentacji...

Mężczyzna Asháninka w tradycyjnym stroju cushma i corona na głowie - pije mazato w równie tradycyjny sposób - z łupiny kokosa.

***

Życie Indian w dżungli jest nierozerwalnie związane z rzekami. Niemalże każda wioska jest nad rzeką położona. Nie tylko dostarczają pożywienia (czyli ryb), są również środkiem transportu - Puerto Ocopa leży na końcu asfaltu, ale już do wiosek po drugiej stronie rzeki można się dostać tylko łodzią. Łodzie jednak przestają wypływac już po niewielkim deszczu, z obawy przed nieprzewidywalnym zachowaniem wody.
No i oczywiście rzeki są miejscem kąpieli, prania ubrań oraz, rzecz jasna, idealnym miejscem na ochłodzenie się w środku gorącego dnia. Trzeba jednak uważać - już metr od brzegu prąd może być na tyle silny, że trzeba mocno walczyć by nie zostać przez niego porwanym (i to w porze suchej!).

Port w Puerto Chata nad rzeką Perené, rzut beretem od Puerto Ocopa. Tu asfalt sie kończy, a zaczyna rzeka.  

***

Dzieci w szkole teoretycznie uczą się w dwóch językach - po hiszpańsku i w Asháninka, choć w praktyce w tym drugim nauczyciele (często będący z innych rejonów Peru) mówią rzadko.
Jednak, co najdziwniejsze, trwają przygotowania do wprowadzenia lekcji języka Quechua, czyli języka którym mówi w Peru bardzo dużo Indian, ale pochodzących z zupełnie innych rejonów - z górskich obszarów Andów (ten język kilkaset lat temu był główną mową Imperium Inków). Zajęcia mają być wprowadzone kosztem "zwykłych" przedmiotów, np. fizyki.

To trochę tak, jakby na Kaszubach nauczono w szkołach języka śląskiego.

***

Asháninka są dość zamknięci na obcych. Nie jest łatwo stać się pełnoprawnym członkiem ich społeczności. Zazwyczaj trwa to ok. trzech lat, w czasie których obserwują jak się zachowujesz, czy pracujesz, jak traktujesz swoją kobietę (mężczyzna bez rodziny nie jest w ogóle poważany)...

Cesar to taka "złota rączka", człowiek potrafiący zainstalować, zbudować i naprawić niemal wszystko. Jego żona pochodzi z wioski, jednak on sam jest człowiekiem z gór, a wśród Asháninka mieszka od około roku. Szef wioski stwierdził jednak, że żadnej pracy mu nie zleci, ponieważ jest on człowiekiem obcym. Mimo, że tak naprawdę jest to jedyna osoba w okolicy która się naprawdę na takich rzeczach zna.

Kilka miesięcy temu, okazało się że "colonos" czyli przyjezdni metysi mieszkający w Puerto Ocopa są zamieszani w handel narkotykami. Jeden z nich zresztą zginął w jakichś porachunkach.
Władze wioski nie dociekały prawdy - postanowiły, że do końca roku wszyscy colonosi z wioski mają się wynieść.