niedziela, 13 listopada 2016

Boliwijski folklor muzyczny

W krajach Ameryki Południowej, a przynajmniej w tych w których byliśmy, wszechobecna jest muzyka. Bardzo częste są różne festiwale,  podczas których, ludzie na ulicach tańczą, grają, śpiewają. Dzięki temu mamy dość sporo okazji by trochę poznać folklor każdego kraju.

W San Andrés de Machaca (jedno z miasteczek, przez które przejeżdżaliśmy przemierzając Altiplano) trwał akurat festiwal szkół. Oprócz prezentacji różnych placówek, odbyła się również część artystyczna. W tym przypadku były to tańce wykonywane przez dzieci, które były naprawdę bardzo dobrze przygotowane. Do tego miały piękne, kolorowe stroje. Wszystko to razem robiło duże wrażenie.

A wyglądało to tak:













Tańczono do muzyki na żywo









Lokalna publiczność

sobota, 12 listopada 2016

Jak nie ukradliśmy pastwiska i inne opowieści z bolwijskiego Altiplano

Jest w Boliwii Altiplano - wielka równina położona na wysokości ok. 3800 m npm. Czasy, w których było to przyjazne miejsce do życia, minęły. O tych odleglejszych świadczą ruiny budowli pozostawione przez poprzedników obecnych mieszkańców tych ziem, ludu Aymara. O bliższych - opuszczone i niszczejące pojedyncze domy, sioła, bądź też całe wsie.

Natura skąpi tu niemalże wszystkiego. Nie ma drewna - roślinność to trawy i niewielkie kolczaste krzaki (a i tego niewiele). Domy najczęściej budowane są z 'adobe' - cegły suszonej na słońcu.
W porze suchej (czyli teraz) brakuje wody. Najbardziej cierpią na tym zwierzęta hodowlane, które ledwo żyją. Owce dają tylko tyle mleka, żeby wykarmić młode. Z tego powodu sery i wszelkie przetwory mleczne pojawiają się jedynie w styczniu i lutym.

Niech Was nie zmyli to jezioro. Na Altiplano faktycznie brakuje wody. 

Zrujnowana wieża przy opuszczonym kościele.

Generalnie,  sklepy (jeżeli już jakiś jest we wsi) są zaopatrzone bardzo biednie.
Co jest: jajka, sardynki, ciastka, napoje gazowane, brzoskwinie w puszkach z Chile, papier toaletowy, majonez.
Co bywa: makaron, pomidory, cebula, marchewki
Co bywa sporadycznie: chleb (zazwyczaj dla nas nie ma, jest wyliczony dla mieszkańców), banany, dżem.
Czego nie ma: cała reszta warzyw i owoców, ser, cokolwiek bardziej wymyślnego.
Jedyne czego jest względnie pod dostatkiem to mięso lam i alpak - na nich jest oparty każdy tutejszy obiad.

Wnętrze typowego wiejskiego sklepu.

Standardowe danie w pierwszej fazie przygotowania. 

A flemingów się (chyba) nie jada.

***

Jazda na rowerze przez Altiplano jest nierzadko sporym wyzwaniem. Niby wszędzie prawie płasko, ale... Dróg asfaltowych jest ledwie parę i to prowadzących w innym kierunku, niż zmierzamy. A więc cała reszta, po której sie poruszamy, jest szutrowa, ale tylko z nazwy - ja bym je nazwał raczej piaskowymi.
Dlatego też jazda to często walka o każdy metr, aby przebyć kolejną łachę piachu. A kiedy braknie sił, bądź nierozważny ruch kierownicą zatopi rower w piasku, trzeba zsiąść i mozolnie przepychać obciążony sakwami rower do kolejnego kawałka nieco twardszego terenu.
A gdy kończy się piasek, to zaczyna się tarka (czyli regularne, poprzeczne garby utworzone przez wiatr) - i trzęsie niemiłosiernie. Jednak nauczyłem się doceniać tarkę. Wypatruję jej jak zbawienia na najbardziej zapiaszczonych odcinkach - po niej w końcu się jedzie, a nie pcha.
Ale tak naprawdę to są tylko smaczki urozmaicające jazdę przez piękne, dzikie tereny, gdzie ludzi spotkać można raz dziennie mijając wieś (i to jeśli się dobrze poszuka, a wieś nie okaże się być opuszczona). Za towarzystwo ma się jedynie lamy, alpaki i całe stada wulkanów.

Na odcinku 20 metrów może być potrzeba pchania, jazdy i odpychania się.

W tle wulkan Sajama - najwyższy szczyt Boliwii.

Jechało się też po asfalcie - całe pół dnia.

Przez ten most rowery przeprowadzalismy z duszą  na ramieniu... 

... wydawał się być złamany w połowie, ale po blizszym przyjrzeniu okazało się, że kiedyś kończył się w połowie rzeki, a później dobudowano "chałupniczo" fragment na drugi brzeg.

***

Boliwijskie Altiplano przypomniało mi o jednym fakcie, o którym cała nasza dotychczasowa wyprawa przez Amerykę Południową pozwoliła zapomnieć - że ludzie bywają niegościnni. Trzy przypadki.

1.
Bezkresne pastwiska. Szutrowa droga i co parę kilometrów pojedyncze domostwa zamieszkałe przez rodziny hodujące lamy. Szukamy miejsca na nocleg. Podchodzę do jednego z domów.
- Czy moglibyśmy niedaleko stąd rozbić namioty? Tylko na noc, rano wstajemy i ruszamy dalej.
- Hmmm. Nie wiem. Hmmmm. - Starszy pan jest ewidentnie niezadowolony z pomysłu. - Chyba tak, ale trzeba będzie zapłacić.
- Zapłacić? A ile? - Jestem lekko zaskoczony. Już sypialiśmy bezproblemowo nawet na głównych placach miasteczek, a tutaj ktoś chce zapłaty za kawałek trawy kilkaset metrów od jego domu.
- Hmmm. Nie wiem. - Zwraca się do żony - Ile wziąć od turystów za nocleg?
- Za co?! - Żona wyraźnie zaskoczona.
- No... Chcą tu przenocować w namiotach.
- Nigdzie nie będą nocować! Jeszcze coś ukradną! Niech stąd jadą!
No i w ten sposób nie udało nam się ukraść kawałka pastwiska.

2.
Znaleźliśmy idealne miejsce na nocleg - w suchym korycie strumienia. Świetnie schowani przed wiatrem i przed ludźmi. Tam dobrze, że już pół godziny po rozbiciu namiotów mija nas stado lam poganiane przez pasterza. Mężczyzna stwierdza, że nasza obecność tutaj jest podejrzana i musimy się stąd wynieść, koniecznie poza granice jego 'comunidad' (czyli społeczności, wioski). Tych granic nie potrafił jednak za bardzo określić.
Po dłuższej rozmowie w końcu godzi sie, byśmy zniknęli kolejnego dnia o 7 rano. Następnego dnia, parę minut przed siódma przychodzi starsza pani, żeby się upewnić że faktycznie odjedziemy.

3.
Na naszej drodze staje pasterz z batem - niemal jak Gandalf krzyczący "Nie przejdziecie".
Mówi, że za przejazd drogą należącą do społeczności należy się opłata. Na pytania o policjanta oraz szefa społeczności - twierdzi że jest nimi wszystkimi. Na potwierdzenie słów miał w końcu bat. Czy jest Gandalfem - nie spytaliśmy - ale z pewnością jest nim również.
Pytanie o cenę - 100 USD. Stargowaliśmy do 50 boliwianów za wszystkich (czyli ok. 7 zł za osobę) i nie chcąc  nieprzyjemnych sytuacji - zapłacilismy i ruszyliśmy dalej.

Jeden z noclegów daleko od ludzkich siedzib.

***

Stojąc na Altiplano, wydaje się, że nie ma ono końca. Chciałbym, abyście poczuli atmosferę tego miejsca, dlatego nie dam temu wpisowi żadnego sensownego zakończenia.

Tory, byk, opuszczona stacja kolejowa - prawie jak Dziki Zachód.






czwartek, 10 listopada 2016

Kącik porad praktycznych - gotowanie jajek na wysokości

Jeśli będziecie kiedyś chcieli ugotować jajka na twardo na wysokości 4200 m n.p.m. lub wyżej to pamiętajcie, że 10 minut im nie wystarczy.

Jak powszechnie wiadomo im wyżej tym temperatura wrzenia wody jest niższa.

My o tym zapomnieliśmy szykując jedzenie na dwudniową wycieczkę do Lagunas de Altura (nasz cel aklimatyzacyjny przed zdobyciem Parinacoty -  opisany w poprzednim poście).

Rano, przed wyruszeniem, zorientowaliśmy się, że jajka są niedogotowane. Skorupka kruszyła się bardzo łatwo i zatapiała się w  słabo ściętym białku. Zdecydowaliśmy, że nasz błąd naprawimy po drodze, po tym jak znajdziemy wrzątek.

Szukaliśmy i szukaliśmy i w końcu znaleźliśmy spore pole gejzerów z wrzącą,  bulgoczącą wodą.

Jak się pewnie domyślacie jajka udało się dogotować:




Pamiętajcie -  jajka na wysokości potrzebują trochę więcej czasu. W końcu nie zawsze masz pod ręką gejzer żeby je dogotować. Testowaliśmy różne opcje i na wysokości 4200 m n.p.m lub wyżej zalecamy gotować jajka przez 15 minut.





poniedziałek, 7 listopada 2016

Parinacota (6348 m n.p.m) zdobyta. Wyżej nie idę. Czyli o zmaganiach człowieka z górą.

Po zdobyciu naszego pierwszego w życiu pięciotysięcznika (link) przyszedl czas na sześciotysięcznik.

Początkowy plan zakładał, że będzie to Sajama (6542 m n.p.m). Niestety do wioski o tej samej nazwie, znajdującej się u podnóża góry, przybyliśmy po sezonie. Na Sajamie pootwierały się szczeliny, a do tego na miejscu można było wypożyczyć tylko raki automatycznie nie nadające się do naszych miękkich górskich butów.

Trzeba było więc poszukać innej góry.

Wybór padł na pobliski, łatwy technicznie i nie wybuchający w ostatnim czasie, wulkan Parinacota mierzący 6348 m n.p.m.

Wioska Sajama znajduje się na wysokości 4200 m npm. To zdecydowanie za nisko, żeby od razu ruszać do ataku. W celach aklimatyzacyjnych wybraliśmy się więc do pobliskich Lagunas de Altura,  gdzie spędziliśmy noc na wysokości 4950 m npm.



Po drodze wpadliśmy na chwilę do Chile

Po dniu przerwy zwarci i gotowi dotarliśmy do bazy pod Parinacota znajdującej się na wysokości 5129 m n.p.m. Czuliśmy się dobrze. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że problemem podczas zdobywania szczytu może być wysokość. W ciągu jednego dnia trzeba zrobić 1200 m przewyższenia, a wszystko to na wysokosci ponad 5000 m n.p.m.


Ci z Was co byli na podobnych wysokościach na pewno na własnej skórze przekonali się, że organizm, zanim się porządnie zaaklimatyzuje, funkcjonuje tam trochę inaczej. Pojawia się zadyszka, serce wali jak szalone, a nogi niby idą do przodu, ale jakoś wolniej niż zwykle. Mogą oczywiście doskwierać także inne dolegliwości, jak na przykład ból głowy czy brak apetytu. Wszystko zależy od konkretnego organizmu. 

Następnego dnia wstaliśmy skoro świt i ruszyliśmy do góry. Na początku szło się dobrze. Zadyszka za bardzo nie doskwierała. Podziwialiśmy piękne widoki, a także napotkane po drodze penitenty czyli lodowe słupy.

Widoczne penitenty

Sielanka nie trwała jednak długo. Mniej więcej od połowy drogi zaczęła się walka. Była to walka między moim organizmem a górą. Najpierw spokojna jednak szybko nabierała tempa, aż w końcu była to prawdziwa batalia. 

Wcześniej kilka razy wchodziłam już na wysokie góry i miałam lekkie objawy choroby wysokościowej takie jak ból czy zawroty głowy, brak apetytu i sił. Mijały one jednak szybko i szczyty mogłam zdobywać świadomie, z radością i satysfakcją na końcu. 

Tutaj, wszystkie objawy były tak nasilone, że w pewnym momencie,  byłam w stanie robić tylko kilka kroków naprzód i padałam na ziemię,  próbując ten cały zalegający we mnie ciężar z siebie wyrzucić (w dosłownym tego słowa znaczeniu). Przez dłuższą chwilę bezskutecznie. Aż w końcu się udało. Miałam aż ochotę krzyknąć "HURA" - tak dobrze i lekko się poczułam. W końcu mogłam przestać się czołgać i zacząć iść żwawo, w moim przekonaniu, na szczyt.

Idę :) 

W między czasie,  pomimo braku apetytu, próbowałam się ratować, trzymaną na specjalne okazje 'Czekotubką', jednak od zimna tak stwardniała,  że nie dało jej się zjeść. Wzięłam więc 'Diuramid' czyli lek, zapobiegający Ostrej Chorobie Górskiej. Niestety nie miał szans zadziałać, z powodu wyżej opisanych wymiotów. Myślę jednak, że je wywołał, więc jakby nie było, trochę przewrotnie, ale mi pomógł. 

W czasie całej tej walki nie przyszedł mi jednak do głowy pomysł aby zawrócić. Po pierwsze pewnie z lenistwa - w końcu przez szczyt prowadziła łatwiejsza i szybsza droga zejściowa. Po drugie z jakiejś takiej chęci rozprawienia się z tą górą -  w takim miejscu,  gdy do szczytu bliżej niż dalej, ciężko jest odpuścić. 

Wysiłek nie poszedł na marne. W końcu udało się. Szczyt,  jest szczyt!! A na nim piękny krater, który dokładnie obejrzałam dopiero na zdjęciach, już po zejściu. Na miejscu nie mialam sił, gdyż znów zaczynałam czuć się coraz gorzej. 

Radość ze zdobycia szczytu była jednak krótka. Łukasz nagle stwierdził, że to nie jest prawdziwy wierzchołek. Szczyt znajduje się po drugiej stronie krateru, jakieś 30 metrów wyżej. 

Szczyt,  który okazał się nie być szczytem

Cóż było robić. Pomimo wewnętrznej złości trzeba było ruszać dalej.


Ostatni przedwierzchołek.
Dalej brak sił by podziwiać krater. 

Widok na krater

Widok na Chile

No i dotarliśmy. Tu już jednak nie było radości czy satysfakcji tylko jedna myśl - w dół, chcę zejść w dół.

SZCZYT!!! I to ten prawdziwy. 

Droga ze szczytu wokół krateru

Droga zejściowa to była czysta przyjemność. Po około 1000-metrowym piargu ze żwiru i pyłu wulkanicznego spływaliśmy w dół (uczucie podobnie jak przy schodzeniu po śniegu). Po mniej więcej 1,5 godzinie byliśmy już w obozie (podejście trwało za to jakieś 7 godzin).

Piarg zejściowy

Niestety złe samopoczucie wróciło znów z ogromną siłą wieczorem. Naprawdę dobrze poczułam się dopiero następnego dnia,  gdy wracaliśmy do wioski.

Na niziny byle szybciej,  choćby przez drut kolczasty.
Z tyłu po lewej Parinacota. 

Czy warto było się tak męczyć? Dziś mogę powiedzieć, że tak. Choć radość ze zdobycia Parinacoty przyszła dobrych kilka dni poźniej, a o zdobywaniu wyższych gór w ogóle nie myślę.

niedziela, 6 listopada 2016

Dlaczego podróżowanie rowerem jest fajne?

Oczywiście jest wiele powodów. Dla nas najlepsze jest to, że podróżując w ten sposób możemy, całkowitym przypadkiem, zobaczyć rzeczy o których nie przeczytalibyśmy w przewodniku. Rowerem poruszasz sie powoli, od wioski do wioski, od miasteczka do miasteczka. Zatrzymujesz się w każdym miejscu na chwilę, rozmawiasz z ludźmi. Gdybyśmy podróżowali samochodem, myślę, że do wielu miejsc, które naprawdę miło wspominamy, byśmy nie trafili. Przejechalibyśmy przez nie lub obok szybko, nic nie zauważając.

Jakiś czas temu wyruszyliśmy z Puno w stronę Boliwii razem z naszymi przyjaciółmi z Polski. Dagmara i Szymon rozpoczęli swoją wyprawę rowerową po Ameryce Południowej końcem września. Prowadzą bloga - www.amerykarowerowa.blogspot.com. W czwórkę chcemy przemierzyć Boliwię.


Po drodze,  jeszcze w Peru, przejeżdżaliśmy przez małe miasteczko Acora. Mijając główny plac zauważliśmy w jego rogu grupkę ludzi. Ładnie ubrani, stali, rozmawiali, śmiali się, popijając przy tym wszystkim piwo. Gdy nas zobaczyli, zaraz zaczęli nas częstować lokalnym trunkiem i porwali do tańca. Śmiechu było dużo zwłaszcza przy tych tańcach. Oni śmiali się z nas, a my z siebie. Okazało się, że świętowali akurat dzień powstania dzielnicy, w której się znajdowaliśmy.

Łukasz chciał prowadzić, ale nie miał szans ;) 




poniedziałek, 31 października 2016

Kącik porad praktycznych. Urwane światło rowerowe.

Miałem niegroźną wywrotkę na rowerze. Po upadku kierownica skręciła się w ten sposób że urwała plastikowe mocowanie przedniego światła. Cóż zrobić - trzebaby to jakoś naprawić.

Upatrzone miejsce na nowe mocowanie: pałąk usztywniający przedni bagażnik. Pałąk można pochylać, a więc regulacja kąta strumienia światła zostanie zachowana.
Użyte materiały:
- 2 trytytki (opaski zaciskowe)
- powertape (wbrew temu co pisałem tutaj, jest jednak bardzo przydatny)
- 2 kawałki drutu - do zabezpieczenia powertape'a przed odklejaniem się
- drewniany kołek - wystrugany za pomocą noża i papieru ściernego (którego używam głównie do łatania dętek).

Efekt:
Trust me, I'm an engineer!

Niestety efekt był niezadowalający. Jeden kołek złamał się w trakcie przewożenia roweru autobusem, kolejny zaś, gdy na jakimś wyboju spadła źle zatrzaśnięta torba na kierownicę.

Miałem dość strugania kija. Na gruzach starego rozwiązania powstało nowe. Zamiast drewna użyłem dwóch kolejnych trytytek.
Na razie (odpukać!) - działa.

Nowe, lepsze z przodu
Nowe, lepsze z tyłu.

Tyle że po kolejnych, tym razem boliwijskich wyborach, ni z tego, ni z owego złamał się tylny błotnik (zmęczenie materiału?). A razem z nim tylne światło. Hmmm... Jak by to naprawić?

Kolejny uraz wierzchowca