poniedziałek, 10 października 2016

Yungay

Czy chcielibyście mieszkać w miejscu z poniższego zdjęcia? Żyć w niewielkim, 25-tysięcznym miasteszku u stóp gór Cordillera Blanca, w przyjemnym klimacie. Nie na jakimś wielkim odludziu, ale przy asfaltowej drodze prowadzącej przez piękną doline Callejón de Huaylas . A z okna mieć widok na najwyższy szczyt Peru - Huascarán 6768 m npm - będący dosłownie na wyciągnięcie ręki. Czy chcielibyście żyć tam, gdzie niegdyś było miasteczko Yungay?


Odpowiadam za Was - nie chcielibyście. Mógłby bowiem nadejść taki dzień jak 31 maja 1970 roku. Wtedy właśnie środkową częścią Peru wstrząsnęło trzęsienie ziemi o sile 7.9 w skali Richtera. W jego wyniku ze ściany w masywie Huascarán oberwało się 10 000 m3 skał i lodu. Spadły one na niewielkie jeziora lodowcowe u stóp góry, a nastepnie spłynęły z osuwiskiem o czole szerokości 900-1000 m, pogrzebując żywcem całe miasto Yungay, znajdujące się 15 km dalej i 3 km niżej.

Zginęła niemalże cała 25-tysięczna populacja. Jedynie kilkaset ludzi ocalalo. Byli to ci, którzy zdążyli uciec na pobliski cmentarz znajdujący się na wzgórzu oraz dzieci, które akurat były w cyrku rozłożonym nieco poza miastem na wzniesieniu.

Jeden z niewielu dowodów na to, że tutaj kiedys żyli ludzie - pozostałości minibusa.

Kolejny ślad człowieka - ruiny kościoła.

Wzgórze cmentarne, na którym zdołało uratować się przed lawiną kilkudziesięciu ludzi.

Zdjęcia przedstawiajace Yungay po 31.05.1970.
Po prawej można zobaczyć zaznaczone miejsce obrywu (porównajcie z pierwszym zdjeciem we wpisie), Plaza de Armas - miejsce ktore wcześniej było placem głównym oraz Cementario - cmentarz.
Na zdjeciu po lewej na dole widać Plaza de Armas i 4 palmy które przetrwały lawinę.

Yungay po 31.05.1970.
Po lewej u dołu - minibus widoczny również na współczesnym zdjęciu nieco wyżej we wpisie.
Po prawej - tor lawiny.

Dziś miasteczko odrodzilo się jako nowe Yungay, kilka kilometrów od miejsca tragedii, na bezpieczniejszym terenie. Obszar starego Yungay został miejscem pamięci. Wszelkie poszukiwania i wykopaliska są tam zabronione.

W wyniku trzęsienia ziemi z 31 maja 1970r. w całym Peru zginęło ok. 70 000 ludzi.

***

To, jak Yungay wyglądało przed trzęsieniem ziemi i lawiną, można zobaczyć na następującej stronie: http://yungay-hermosura.globered.com/categoria.asp?idcat=99

***

Relacja naocznego świadka wydarzeń z 1970 roku, Mateo Casaverde (za Peruvian Times).

“We were on our way from Yungay to Caraz when the earthquake struck. When we stepped out of the car, the earthquake was almost over. Then we heard a deep, low rumble, something distinct from the noise an earthquake makes, but not too different. It came from the Huascarán. Then we saw, half-way between Yungay and the mountain, a giant cloud of dust. Part of the Huascarán was coming toward us. It was approximately 3:24. Where we were, the only place that offered us relative security, was the cemetery, built upon an artificial hill, like a pre-Incan tomb. We ran approximately 100 meters before we got to the cemetery. Once I reached the top, I turned to see Yungay. I could clearly see a giant wave of gray mud, about 60 meters high. Moments later, the landslide hit the cemetery, about five meters below our feet. The sky went dark because of all the dust, mostly from all of the destroyed homes. We turned to look, and Yungay, as well as its thousands of inhabitants, had completely disappeared.”



czwartek, 6 października 2016

Festiwal Sera w Baños

Przed naszą podróżą powstał plan na Kolumbię. Była to dla nas wielka niewiadoma i dobrze było mieć poczucie,  że wiemy gdzie i kiedy pojedziemy. Na następne kraje miał on powstawać w trakcie, na przykład w Kolumbii na Ekwador.  Tak się jednak nie stało.
Żeby powstał dobry plan, trzeba poświęcić sporo czasu na szukanie informacji. Zastanowić się, co chce się zobaczyć, jak gdzieś dotrzeć, ile to zajmie. A tu, jak się okazuje, nie ma za dużo tego czasu, bo jesteś ciągle w drodze. Każdą chwilę spędzasz na czymś nowym, więc skupiasz się na tym. Wieczorem natomiast często, z fizycznego zmęczenia, zasypiasz w chwili, gdy tylko otwierasz przewodnik.
Podróżujemy więc bez większego planu, wymyślając co dalej na bieżąco, na przykład dzień, parę dni, tydzień do przodu. Czasami nawet,  co pewnie jest już lekką przesadą, rano jak już wsiądziemy na rowery, nie wiemy dokąd jedziemy. Okazuje się jednak, że taki sposób podróżowania nam obojgu bardzo pasuje. Jego największą zaletą jest to, że w każdej chwili, bez obaw,  że gdzieś nie zdążymy, możemy się na coś zdecydować, na przykład na podstawie tego co ktoś nam właśnie polecił, albo że akurat w danym miejscu coś ciekawego się dzieje.

Tak też się stało, gdy wracając z gór przejeżdżalismy przez małe miasteczko Baños z zamiarem zatrzymania się na godzinę, by zrobić zakupy i złapać internet. Okazało się, że akurat tego dnia rozpoczynał się tam trzydniowy festiwal sera. Zachęceni przez lokalną młodzież postanowiliśmy zostać na jeden dzień i zobaczyć jak to wygląda. Wieść o tym, że w miasteczku jest dwoje białych ludzi, szybko się rozniosla. Przywitano nas ze sceny, Łukasz udzielił mini wywiadu, organizatorzy robili sobie z nami zdjęcia i częstowali piwem*, aż w końcu nawet sam alcalde (czyli burmistrz) wyszedł się z nami przywitać. Byliśmy tym trochę speszeni, ale niewątpliwie było nam miło.
Program na ten dzień przewidywal walki kogutów, wybór La Chica del Queso (czyli Miss Sera),  a wieczorem koncert i tańce. Prezentacje serów i wyrobów mlecznych miały odbyć się nazajutrz. Ostatniego dnia miała być zaś corrida. Koniec końców wybory Miss, z nieznanych nam przyczyn, się nie odbyły. Byliśmy trochę zawiedzeni, bo chcieliśmy zobaczyć na jakiej zasadzie wybierają Miss sera. Zadowoliliśmy się jednak widokiem dwóch Miss z poprzedniego roku :)

Walki kogutów: 

Chłopiec z kogutem bacznie obserwujący jedną z walk

Walki cieszyły się naprawdę dużym zainteresowaniem. Emocje były spore, bo można było obstawiać który kogut wygra i postawić na niego pieniądze. Tyle przyszło ludzi,  że nie każdy mógł zobaczyć walki na żywo z powodu zbyt dużego tłumu. Tutaj, jak się okazało, byliśmy przydatni. Łukasz nagrywał filmiki trzymając aparat z wyświetlaczem ponad ludźmi. Jednocześnie służył więc za telebim dla tych z tyłu co nie widzieli ringu. Gdy przestawał kręcić ludzie prosili by kręcił dalej. 

Poniżej przykładowy filmik z jednej z walk:

Link: Walka kogutów



Jak się pewnie domyślacie wygrał ten czarno-rudy.

Orkiestra:

Kobiety słuchające orkiestry

Orkiestra grała w zasadzie cały dzień.  Nie znamy się na muzyce, ale na nasze uszy grała naprawdę dobrze.

Posłuchajcie sami:


Koncert i tańce:

Wieczorem był koncert lokalnego zespołu. Wyglądał trochę inaczej niż nasze koncerty. Chłopaki z zespołu mieli co jakis czas przerwy w graniu i wtedy znowu grała orkiestra. Konferansjer zaś w trakcie gdy zespół grał dokładal od czasu do czasu jakieś dźwięki od siebie. Ludzie zaczęli niemal od razu tańczyć. Tańczyli starsi,  młodsi i ci całkiem mali. W parach, w kółkach, w różnych kombinacjach, ale wszyscy tańczyli 2 konkretne tańce,  w zależności od tego jaka grała muzyka. Nieśmiało zaczęliśmy tańczyć i my, gdyż było nam zimno. Zaraz zostaliśmy zaproszeni do jednego z kółek.  Tak oto mieliśmy okazję pobawić się z miejscową młodzieżą.

Filmik z tańców:

Link: Tańce



A na koniec zdjęcie odnoszące się do fragmentu tekstu oznaczinego gwiazdką:

*


Zdecydowanie warto było zostać.

sobota, 24 września 2016

Cordillera Huayhuash

Na całym świecie, aby przyciągnąć turystów, dana atrakcja musi być pod jakimś względem "naj". Jeśli się nie da - to druga na świecie "naj". W ostateczności w pierwszej dziesiątce i z całą lista zastrzeżeń. Moim ulubionym przykładem jest metro budapesztańskie, które to jest ponoć najstarszym metrem na kontynencie europejskim. I wszystko się zgadza, bo przecież Londyn, gdzie metro wybudowano wcześniej, nie leży na kontynencie, ale na wyspie...

W Peru też mają swoje "naj". Góry Cordillera Blanca są reklamowane jako najwyższe pasmo górskie poza Azją. Tutaj, ku zaskoczeniu, kruczek znajduje się w sformułowaniu "pasmo górskie". Argentyńska Aconcagua, mimo że wyższa, nie jest przecież pasmem górskim, a pojedynczą górą - wulkanem.


Zastanawiając się nad celem trekkingu, na który chcieliśmy się wybrać, myśleliśmy nad Cordillera Blanca. Nie zdecydowaliśmy się jednak na ten rejon z obawy o zbyt dużą ilość "gringos" (tacy to z nas socjopaci). Wybraliśmy za to Cordillera Huayhuash - łańcuch położony nieco na południe od Cordillera Blanca, odrobinę niższy, mniejszy obszarowo, ale za to bardziej odludny. Oczywiście też ma on swoje "naj", ponieważ jego najwyższy szczyt - Yerupajá (6635m npm) - jest najwyższym punktem znajdującym się w dorzeczu Amazonki.

Cordillera Huayhuash ma dość ciekawą historię, nazwijmy to, turystyki połączonej z ochroną przyrody. Przez dłuższy czas istniał tam rezerwat przyrody. Za teren na jego wstęp była pobierana niewielka opłata, ustalona centralnie, znacznie niższa niż w sąsiedniej Cordillera Blanca. Z tego powodu Huayhuash cieszył się niemałą popularnością. Najbardziej zadowoleni z tego byli mieszkańcy najłatwiej dostępnej wioski w rejonie i popularnej bazy wypadowej - Llamac. Turyści zostawiali u nich sporo pieniędzy.
Mniej szczęśliwi byli mieszkańcy innych okolicznych wiosek. Widzieli, że ich sąsiedzi żyją coraz lepiej i mają coraz lepsze samochody - wszystko dzięki zagranicznym turystom. W tym miejscu należy ich docenić - nie chcieli tych nowych aut odebrać sąsiadom, ale zarobić na swoje własne. Rozpoczęły się napady na turystów.
Po gorących pod tym względem latach 90., w roku 2002 zginęło dwóch turystów w wyniku napadu na tle rabunkowym, w 2004 kolejnych czterech (źródło: https://besthike.com/s-america/central-andes/huayhuash-circuit/).
Po tych wydarzeniach zmieniła się strategia biznesowa miejscowych (czyżby ze względu na brak klientow?). Obecnie, każda z okolicznych społeczności pobiera opłaty za przejście przez ich terytorium, w przeszłości były to również opłaty za ochronę (jakis czas temu na pewnym odcinku wszystkim turystom towarzyszył uzbrojony miejscowy).
W każdym razie, od czasu wprowadzenia opłat, rejon jest uważany za bezpieczny i żadne incydenty się więcej nie wydarzyły. Rezerwat przyrody również odszedł w niepamięć i władze centralne nie pobierają opłat za wstęp, całość administracji pozostawiając lokalnym społecznościom.

Właśnie w Huayhuash postanowiliśmy wybrać się na trekking - jedenastodniową pętlę okrążającą całe pasmo. Wszelkie przewodniki papierowe, a także źródła internetowe polecały wynajęcie miejscowego przewodnika, a przynajmniej osłów do niesienia bagażu (oraz poganiacza dla tychże osłów). Rzecz jasna, skorzystaliśmy z sugestii. Na zdjęciu możecie zobaczyć całą naszą ekipę.

Nasza ekipa:
- my
- dwoje przewodników
- dwa muły
- dwoje poganiaczy mułów

Faktem jest, że nasz sposób - wszystko na własnych plecach - nie wydaje się być zbytnio popularny w tym rejonie. Niekiedy nawet spotykaliśmy się z lekkim podziwem. Większość ludzi wybierająca się w Huayhuash decyduje się na opcję all-inclusive organizowaną przez agencję turystyczną. W zamian otrzymują towarzystwo kilkunastu innych losowych chętnych, przygotowane posiłki, umyte naczynia, a także duże namioty służące za kuchnię oraz jadalnię. Oczywiście wszystko niesione przez osły, dzięki czemu w plecaku znajdują sie tylko rzeczy potrzebne w ciągu dnia.

My jednak woleliśmy niezależność i samotność (no i znacznie niższy koszt oraz ból pleców).
Najbardziej ciążyło jedzenie. Na szczęście z każdym dniem ciężaru ubywało, choć należało uważać, żeby nie ubywało zbyt szybko. Ogółem mieliśmy ok. 10 kg jedzenia, niecałe 2 litry benzyny do gotowania i tabletki do uzdatnienia 50 litrów wody.
Całość prowiantu (pomijając jeden żel energetyczny i jedną czekotubkę) została zakupiona na miejscu i kosztowała mniej niż trzebaby zapłacić za jedzenie liofilizowane niezłej jakości dla dwóch osób na JEDEN dzień.

Na zdjęciu brakuje jednej niezwykle cennej paczki ciastek, która zdążyła zostać zjedzona.

Sam trekking - wspaniały. Marsz bez przerwy odbywa się powyżej górnej granicy drzew, nic nie przesłania więc widoków. A te są wyjątkowe - sześciotysięczniki, pięciotysięczniki, lodowce, jeziora (czy po tatrzańsku - stawy), skalne turnie, wodospady. Wszystkie noclegi powyżej 4000 m npm, przejścia przez pięciotysięczne przełęcze. A po drodze można się wygrzać w gorących źródłach (i to naprawdę gorących - pełne zanurzenie zajeło mi dobrych kilka minut).

Kilka widoków:


Widocznosc słaba, kadr nienajlepszy, ale za to 4 szesciotysięczniki na wyciągnięcie ręki.












Ostatni ciepły posiłek na trasie.

Przez 10 dni pogoda nas rozpieszczała (pomimo dwóch krótkich gradobić). Natomiast ostatniej nocy nie dawała nam spać burza z piorunami, grad i porywisty wiatr. A po obudzeniu mieliśmy taki oto widok.

Bonus: równo ułożony stos zwierzęcego łajna podpiera ścianę pasterskiego szałasu.

Na koniec wspomnienie historii, która rozsławila pasmo Cordillera Huayhuash, a konkretnie jedną górę - Siula Grande, na cały świat. To właśnie tutaj miała miejsce heroiczna walka o przeżycie Joe Simpsona, opisana w książce, a potem przedstawiona na filmie Touching the Void (pol. Dotknięcie pustki / Czekając na Joe). Kto historii nie zna, serdecznie namawiam do zapoznania się z książką, filmem lub chociaż opisem wydarzeń na Wikipedii (https://en.m.wikipedia.org/wiki/Touching_the_Void).

Zdjęcie słabe, ale za to jaki temat! Na drugim planie zachodnia ściana Siula Grande, po raz pierwszy zdobyta przez Joe Simpsona i Simona Yatesa w 1985 roku.

wtorek, 20 września 2016

Kącik porad praktycznych - naprawa butów trekkingowych

Już dziś poznasz nowy, lepszy sposób na naprawę butów trekkingowych. Wszechmocny powertape/ducttape niechaj odejdzie w niepamięć. Nadchodzi era...PLASTRA BEZOPATRUNKOWEGO.

Fakty są następujące: w czasie wędrówki po górach zaczęły mi się rozpadać buty, a konkretnie powstały dość spore dziury w przedniej części podeszw. Guma była przetarta na wylot. Chciałem to jakoś zabezpieczyć, przed dalszym niszczeniem, żeby kamienie nie uszkodziły skórzanej części buta za podeszwą.
Oczywiście, pierwszy pomysł - powertape (a mamy ze sobą całkiem niezły). Okazał się być jednak mało skutecznym. Taśma już po kilkudziesięciu minutach przecierała sie, przestawała chronić newralgiczne miejsce, a na koniec odpadała.
Wtedy postanowilem użyć plastra bezopatrunkowego, takiego jaki można kupić w Polsce w każdej aptece. I okazał się być idealny. Potrafił utrzymać się na miejscu przez cały dzień i się nie przetrzeć.



Wniosek: do napraw, gdzie kluczowa jest odporność na przetarcie, tkaninowy plaster bezopatrunkowy nadaje się znacznie lepiej niż power tape/duct tape.

PS. Już wkrótce wpis o jedenastodniowym trekkingu w Cordillera Huayhuash.

poniedziałek, 19 września 2016

Gdzieś po drodze...

Po drodze mijamy wiele ciekawych lub naprawdę pięknych miejsc. Oto niektóre z nich:

Kolumbia - La Arada


Kolumbia - Alpujarra


Kolumbia -  Popayan (zwane białym miastem)

Kolumbia - Tierradentro (prekolumbijski grobowiec)

Ekwador - okolice El Angel


Ekwador - Cochasqui

Ekwador - Guayllabamba

Ekwador - okolice El Chaupi


Ekwador - droga do El Corazon



Ekwador - w drodze nad ocean

Ekwador - Park Narodowy Machalilla

czwartek, 1 września 2016

Ocean

Po dwóch miesiącach spędzonych w górach, zmęczeni ciągłymi podjazdami, zdecydowaliśmy się trochę odpocząć. Zgodnie uznaliśmy, że najlepszym miejscem na wakacje będzie wybrzeże. Tam na pewno jest płasko, albo z górki. Nic bardziej mylnego. Ze złości na te wszystkie "nadwybrzeżne" pagórki przedstawiamy poniżej tylko zdjęcia miejsc, które spełniły nasze wyobrażenia o sielankowej jeździe po płaskim terenie.

Pierwszy widok na ocean jaki nam się ukazał
Plaża Los Frailes
Humbak czyli taki wieloryb
Drugi Humbak
Jakiś ptak
Nurkowanie

Dwa ptaki
Plaża w Puerto Lopez
Droga wzdłuż wybrzeża
Rybacy wyciągający sieć
Niedoszły hotel z widokiem na ocean (Ballenita)